THE MIDNIGHT MEETING OF THE TWELVE CHAMBER POTS
SERGIUSZ PIASECKI TRANSLATED FROM POLISH BY ROB MYATT
-
Jako bardzo znaczna osobistość na terenie „gruntowania” demokracji i zwalczania reakcji, Marek został zaproszony na ściśle tajne posiedzenie „Rady Dalekiego Planowania”. Zaproszenie dostarczono diabłu poprzedniego dnia o godzinie 12 w nocy. Niosło go, pod ochroną plutonu wojsk MBP w żelaznej skrzyni dwóch zamaskowanych kurierów. Oddali diabłu skrzynię i wiązkę kluczy. Potem wzięli pokwitowanie i oddalili się. Po otwarciu żelaznej skrzyni Marek znalazł w niej drugą, mniejszą… Dopiero w dwunastej kasetce leżała czerwona koperta z czarną trupią głową, jako memento, zrozumiałe dla każdego. Miała na sobie dwanaście pieczęci. Wewnątrz było zaproszenie na jutro, na godzinę dwunastą w nocy, na nadzwyczajne zebranie.
Diabeł był bardzo przejęty zapowiedzianą naradą i niecierpliwie oczekiwał jej terminu.
W dużej, sklepionej Sali przy ulicy Koszykowej odbyło się zebranie „Rady Dalekiego Planowania”. Gmachu strzegł z powietrza zaprzyjaźniony superbombowiec typu DUP. Był mocno przywiązany sznurkiem do lufcika otwartego okna jednego z pokojów – jak ratlerek do nogi stołu – i groźnie warcząc, krążył nad kamienicą. Ulicami jeździły nieustannie hiperczołgi typu GU, nastroszone armatami i karabinami maszynowymi. Ochrona ta dawała zebraniu poczucie względnego bezpieczeństwa, przed zamachem ze strony elementów sanacyjnych i reakcyjnych.
Punktualnie o godzinie 12 w nocy, za dwunastu fotelami z czarnego dębu, stało 12 demokratów. Wszyscy byli w czerwonych togach, pantoflach i kapturach na głowach. Każdy miał na piersi duży, czarny numer.
Diabeł, z pewnym zdziwieniem, patrzył na stojące na brzegu stołu 12 nocników. Lecz wkrótce dowiedział się, że mają spełnić bardzo ważną funkcję. Numer pierwszy zaczął mówić. Słowa jego krążyły w powietrzu jak nietoperze.
– Szanowni demokraci! Jestem przekonany, że reakcja, sanacja i międzynarodowa plutokracja, gdyby wiedziała, że dziś odbędzie się tu zebranie filarów polskiej demokracji, to by zrobiła wszystko, aby nam przeszkodzić. Budynek jest dobrze strzeżony. Z góry pilnuje go zaprzyjaźniona forteca powietrzna super DUP. Możemy mieć częściową pewność, że nie zaskoczy nas wraża akcja. Natomiast stratosfera jest wolna i stamtąd grozi nam akcja kapitalistów… Naturalnie, jako demokraci ludowi jesteśmy nieustraszeni. Lecz ostrożność nie zawadzi… Podła reakcja w swych wypowiedziach na parkanach zdradziła sekret zabezpieczania się od niszczycielskich skutków bomby atomowej. Zamierzali wykpić naszego sojusznika, lecz zdradzili jedyny sposób ochrony przeciw tej groźnej broni… jaki to sposób – wiemy wszyscy: „Od ruskiej bomby atomowej, chroni nocnik fajansowy”.
Z tymi słowy mówca wziął za ucho ze stołu stojące naprzeciw niego naczynie i uroczyście wdział je na kaptur. Za jego przykładem poszli wszyscy. I wkrótce, za długim, dębowym stołem, w potężnie sklepionej Sali, rozpoczęła się sesja „Rady Dalekiego Planowania”.
Przede wszystkim na porządku dziennym – raczej nocnym – dwanaście nocników postawiło kwestię zagrożenia ze strony polskiej reakcji zagranicznej. Uznano, że w danej chwili największe niebezpieczeństwo dla wszystkich zaprzyjaźnionych państw przedstawia armia Andersa we Włoszech, która jeśli zechce, może zetrzeć z powierzchni ziemi wszystkie zaprzyjaźnione rządy w ogóle, a także w szczegółach. Głos w sprawie zaradzenia tej grozie, która zawisła nad losem kontynentu i 12 nocników, dano nocnikowi nr 12.
– Szanowni demokraci ludowi! – rozpoczął uroczyście nocnik. – Cóż znaczy dla 300 000 000 demokratów garstka 100 000 zmęczonych wojną żołnierzy Drugiego Korpusu? Uważam, że najłatwiej zwyciężyć w fali zapomnienia. Zauważyłem, że od czasu gdy zaczęto w prasie demokratycznej pisać o Drugim Korpusie, cały naród zaczął Korpus kochać, śpiewać o nim pieśni, zaś generał Anders stał się bohaterem narodowym. Taktykę taką uważam za błędną i proponuję całkowite zaprzestanie wymieniania gdziekolwiek nazwy: Drugi Korpus. Niech utoną w mgle zapomnienia.
Wstał nocnik nr 11.
– Wielcy demokraci! Uważam, że najlepszą bronią jest oczernianie przeciwnika. Odsiedziałem 15 lat w różnych kryminałach za przekonania i czyny demokratyczne i zawsze, gdy zarzucano mi kradzież, na przykład, twierdziłem, że oskarżający mnie jest złodziejem. Uważam, że trzeba Korpus przedstawić opinii jako bandę kryminalistów, dowódcę jego jako zaginionego Hitlera. Można udowodnić to dokumentami, świadkami i fotografami. Z początku może nas będą słuchali ze śmiechem, potem ze zdziwieniem, następnie ze znudzeniem, potem zobojętnieniem, wreszcie przyzwyczają się, w końcu uwierzą. To najlepsza droga do celu!
Nocnik nr 10 powiedział:
– Kochani demokraci! Znam siebie i was, i dlatego uważam, że znam dobrze naturę ludzką. Najłatwiejsza droga do unieszkodliwienia przeciwnika to pogrążenie go w dobrobycie. Wyobraźcie sobie andersowca, który będzie miał 10 kufrów. W jednym ubrania, w drugim bielizna, w trzecim jedwabie, w czwartym naczynia, w piątym pościel i tak dalej. Czy jemu zechce się zwalczać naszą piękną demokrację? Do walki zawsze gotów człowiek biedny, który nic nie ma do stracenia, wszystko zaś do zdobycia. Już jeden tylko dobry garnituru zabrzęczą „kasztany”, to jest ostrożny jak lis. Ja proponuję – przez naszych agentów osypać Korpus złotym deszczem. Ryczeć nieustannie w prasie o nędzy żołnierza i skąpstwie aliantów dla bohaterów. To – uważam – jest najlepsza droga do opanowania sytuacji i unieszkodliwienia wartości bojowej Korpusu.
Nocnik nr 9 rzekł:
– Wielce szanowni demokraci ludowi! Wszystko może Polak przezwyciężyć, lecz jest coś, czego Polak prawdziwy nigdy nie pokona… To tęsknota… Możemy łatwo zniszczyć cały Korpus. Większość ściągnąć do Kraju, resztę zaś zatruć nostalgią. Jest to najlepsza droga do celu. Trzeba tylko sprytnie zabrać się do pracy. Przede wszystkim trzeba do kin włoskich pchnąć, dobrze opracowane psychologicznie, filmy polskie, w których hoże dziewczęta będą śpiewały rzewne piosenki: O mój rozmarynie… Wróć Jasieńku… i tak dalej. Pokazać mu polskie łączki, chatki, lasy, strumyki, brzózki, góry, górki i pagórki… Rzucić na rynek włoski mnóstwo tanich patefonów i płyt. Niech posłucha Agnieszki i Umówiłem się z nią na dziewiątą. Akcję tę łatwo rozpracować. Za skutki jej ręczę! Trzeba zagrać na sentymencie, na sercu!
Gdy przyszła kolej na diabła, powiedział:
– Jaśnie wielmożni demokraci! Jako doświadczony demokrata proponuję opanowanie Korpusu drogą spirytystyczną, to znaczy alkoholową. Człowiek, pozbawiony ojczyzny i tęskniący za nią jest szczególnie chętny do kieliszka i szklaneczki. Proponuję – aby tę skłonność zwiększyć – rzucić na rynek włoski naukowe opracowania o pożyteczności alkoholu dla ciała i ducha. Poza tym wydać mnóstwo popularnych broszur o budowie aparatów samogonowych i pędzeniu bimbru z mąki, cukru, rodzynek. Jestem przekonany, że w dwa lata po rozpoczęciu tej akcji wszyscy tam przestaną myśleć o polityce, kwestiach patriotycznych albo społecznych i zajmą się spirytualiami.
Po wypowiedzenie się wszystkich głos zabrał nocnik nr 1. Stał długo, z politowaniem spoglądając na jedenaście nocników. Wreszcie powiedział:
– Nie oczekiwałem nadmiaru rozumu od szanownego zebrania, ale żeby takie głupstwa pleść, to trzeba być nie doświadczonymi demokratami ludowymi, ale burżuazyjnymi ministrami państw kapitalistycznych. Wykazaliście dobitnie, że nie znacie ani historii, ani psychologii, ani polityki. Okazało się, że nie umiecie dobrze zaplanować ani jednego posunięcia na większą skalę, które byłoby radykalne i wynikało z całości sytuacji. Przede wszystkim trzeba pamiętać o tym, że jedynie my, prawdziwi demokraci ludowi, umiemy patrzeć na długą metę. Natomiast wszyscy inni politycy i dyplomaci świata starają się tylko o doraźne sukcesy… Otóż, czym jest Drugi Korpus? Na krótką metę… drobiazg. Na długą: potęgą. Straszne dla nas jest istnienie Korpusu nie dlatego, że może rzucić się na Jugosławię albo przebić się do Polski. Straszny jest jego mit i sztandar. To obecnie jest radością, nadzieją i otuchą Polaków w Polsce. A w razie konfliktu stanie się piorunem. Sto tysięcy ludzi w sto dni stanie się potężną armią fanatyków… Tym właśnie jest dla nas Korpus. A czym jest dla aliantów, którzy patrzą na krótką metę? Kłopotliwym rekwizytem, który chętnie by złożyli do lamusa, ale… nie wypada. Rozumiecie? Zobowiązania. Sojusznicy… To ich krępuje wobec opinii publicznej teraz i… trochę mniej wobec historii, na przyszłość. Więc, chcąc usunąć Korpus z terenu gry, trzeba działać drogą łatwą i prostą: cudzymi rękami… Trzeba stworzyć motyw psychologiczny, wobec którego alianci nie będą się krępowali ze sprzymierzeńcami. Trzeba naszczuć opinię zagraniczną na Korpus.
Mówca zamilkł, obwiódł oczami 11 nocników i spytał:
– Czy wiecie, jaka jest najpotężniejsza broń?
– Bomba atomowa – odezwał się Marek.
– Głupstwo – rzekł nocnik nr 1. – Bomba atomowa może być straszna tylko w naszym posiadaniu. – Przy tych słowach, mówca w dowód prawdy swych słów i jednocześnie, żeby się popisać odwagą, zdjął z kaptura nocnik i postawił go na stole. Potem mówił dalej:
– Najpotężniejsza broń to krzyk. Mury Jerycha padły od wrzasku. Wrzask może człowieka zabić, zamęczyć, pozbawić możności rozumowania, nie dać żyć… I w tym wypadku jest jedyną skuteczną bronią, bo – tu mówca uniósł palec w górę i zrobił długą pauzę – zgadza się z życzeniami tych mężów stanu, którzy o losie Korpusu zadecydują. Bo zadecydują „przyparci do muru” przez opinię publiczną. Więc umyją rączki i Korpus, który powstał z niczego, stał się zaś potęgą militarną, potem i moralną dla kraju, zniknie z powierzchni ziemi… I to, czego nie dokonali faszyści i hitlerowcy bronią, dokonamy łatwo my, ludowi demokraci, krzykiem. Więc trzeba tylko krzyczeć, krzyczeć, krzyczeć. Trzeba oskarżać Korpus o wszystko, co komu do głowy przyjdzie. O zamiary agresywne, o faszyzm, o bandytyzm, o spekulację, brak moralności i religijności, o sprzeniewierzenie się Ojczyźnie. Trzeba o tym pisać wszędzie. Krzyczeć przez radio i na konferencjach…W Kraju wytworzy to tylko większą miłość do Korpusu. Ale my swój cel osiągniemy, bo obiekt miłości zniknie! – mówca przypieczętował te słowa ciosem pieści w stół. – Kampania ta, właściwie, jest rozpoczęta, ale musi przybrać na sile i stać się burzą!
Na drugim miejscu obrad Nocnej Rady Dalekiego Planowania postawiono sprawę likwidacji prasy polskiej za granicą. Po omówieniu ważności tej kwestii, nr 1 usiadł. Głos zabrał nr 12.
– Jak mi wiadomo za granicą wszystkich znaczniejszych pisarzy polskich i publicystów jest około stu. Więc, jeśli potrafimy zlikwidować stutysięczny Korpus, to czyż nie możemy zlikwidować stu krzykaczy? … Ja proponuję zlikwidować ich najprostszą drogą: fizycznie. Nie trzeba nawet wszystkich. Zniknie jeden, drugi, trzeci, innym zaś odechce się krzyczeć.
Mówca usiadł. Wstał nr 11.
– Uważam, że przeciw nim można zastosować tę samą metodę, jak i przeciw Korpusowi. Zacząć krzyczeć, że są to faszyści, hitlerowcy, komuniści, że zagrażają istnieniu każdej demokracji. Można wyciągać wszelkiego rodzaju oskarżenia osób pojedynczych i wszystkich razem. To na pewno odniesie skutek.
Nocnik nr 10 powiedział:
– Uważam za najlepszy sposób przeciąganie takich typów do naszego obozy. Wówczas będą nie tylko unieszkodliwieni, lecz i wykorzystani.
Numer 9 rzekł z patosem:
– Szanowne zgromadzenie! Jestem sam, mówiąc skromnie, jestem największym pisarzem wszechświatów i wszechczasów. Jeśli nie znalazłem uznania, jeśli oskarżono mnie o plagiaty, to tylko przez zawiść zawodową i niski poziom kultury sanacyjnej.
Numer 1 ostro przerwał mówcy:
– Nie mówi się: kultury sanacyjnej. Kultura jest jedna – tylko marksistowska. Reszta to brak kultury!
– Bardzo przepraszam. Wypsnęło mi się – tłumaczył się nr 9. – Więc sądząc według siebie, uważam, że każdy pisarz i publicysta ma jednego tylko boga: pieniądze! Więc trzeba roztoczyć przed pisarzami polskimi za granicą perspektywy wspaniałych możliwości zarobkowych w Polsce. Możne zawierać z nimi kontrakty, drukować zaś – jeśli rzeczy nie są na demokratycznym poziomie – tylko egzemplarze autorskie i im posyłać. Po wydrukowaniu dwóch, trzech książek, każdy z nich jest nasz, albo co najmniej unieszkodliwiony.
Nocnik nr 8 powiedział:
– O wiele taniej i… skuteczniej byłoby oddziaływać na ich próżność. Każdy pisarz uważa siebie za niedocenionego, niezrozumianego i jeśli zacząć drukować o nich entuzjastyczne recenzje, krytyki, całe broszury o wspaniałości tego lub owego bubka żołędnego, to gotów będzie na spadochronie ty wylądować albo zgoła na parasolu, aby tylko móc wchłaniać na miejscu słodki dymek demokratycznego kadzidła: „Ci dopiero na mnie się poznali!”.
Nocnik nr 7 rzekł:
– Trzeba działać drogą kontrastów… Podniecać ich wariacką wyobraźnię. Bo, w gruncie rzeczy, to nie są takie głupy typy, na jakie wyglądają. Na byle jaką przynętę mogą nie pójść. Otóż trzeba tych pisarzy, których mamy już w kurniku, osypać godnościami, orderami, nagrodami, stanowiskami. Tłustszych z nich i pewniejszych, naturalnie, od czasu do czasu wypuszczać za granicę – na wabia. Aby nędza emigracyjna przekonała się, jak dobrze wygląda, lśni i ocieka sadłem pisarz demokratyczny. Jestem przekonany, że tamta hołota – jeśli się nie upokorzy i nie przyjdzie do rączek – zacznie chorować z zawiści, tracić na wadze, wpadać w melancholię. Wreszcie wszyscy obrócą się w cienie i w ogóle znikną.
Numer 6 powiedział:
– Moja metoda taka: nie zwracać uwagi na pisarzy emigracyjnych, lecz drukować w Polsce wszystkie ich utwory, które ze względów taktycznych można wydrukować. Czytelnik polski zobaczy, że jest cały jego komplecik jego wieszczów. W ten sposób przestanie liczyć na to, że tam ktoś walczy piórem o jego wyzwolenie i skapcanieje. Pisarz za granicą, widząc jak jego twórczość cenią w Polsce, na pewno nie wytrzyma, aby nie przyjechać po owoce moralne i materialne swych sukcesów.
Wstał Marek.
– Ja proponuję obsypać ich odznaczeniami, tytułami honorowymi, dyplomami, ale zrobić co można, aby odgrodzić ich od pieniędzy. Bo jak taki typ dostanie gotówkę, to zaraz kupi willę albo założy przedsiębiorstwo pogrzebowe dla rodaków, lub pojedzie na Honolulu hodować banany, albo do Brazylii łapać motyle i będzie dalej nieuchwytny i szkodliwy.
Po wyładowaniu mądrych projektów ze wszystkich nocników, zabrał głos nr 1.
– Ze smutkiem stwierdzam, że i w tym wypadku nie popisaliście się wysokim, ani głębokim, ani szerokim rozumem. Numer 12 zaproponował terror. Co wynika w tym wypadku z terroru? Sprząta się jakiegoś pismaka i robi się z niego bohatera narodowego, bohatera idei walki o wyzwolenie Polski od nas. Każde głupstwo, które nabazgrał będzie wyolbrzymiane, analizowane, przypominane. A my wystawimy siebie w świetle tchórzów, bojących się głosu pojedynczych pismaków. Więc terror, przerzucony za granicę, wywoła skutek przeciwny zamierzonemu. Co się tyczy wszystkich innych rad, to żadna z niech – pojedynczo – nie jest dobra, natomiast wszystkie razem, zastosowane w odpowiednim czasie, mogą spełnić dużą robotę. Przede wszystkim mamy do czynienia z grupą ludzi o różnych temperamentach, inteligencji, zdolnościach, przeżyciach, gustach, charakterach. Mogą być wśród nich tacy, którzy nie pójdą na żadną przynętę i na każdej poznają się. Trzeba więc działać z zewnątrz wszystkimi metodami. A – jako główną metodę – zastosować rozsadzanie od wewnątrz. Właściwie istnieje ono samo przez się, tylko trzeba je obserwować i podsycać, gdy będzie słabło. Chodzi o to, aby wysiłki pisarzy i publicystów emigracyjnych były rozproszone. Aby nie było wspólnych metod działania. A gdy takie metody powstaną – trzeba je druzgotać. Groźny może być dla nas tylko zgodny i zdecydowany obóz. Tymczasem na emigracji obserwujemy coraz więcej rozpraszanie się i wrogość wzajemną. Pismo żre się z pismem. Publicysta z publicystą. Pisarz z pisarzem. Każda nowa placówka literacka jest zaciekle zwalczana przez nich samych. Każdy pisarz, mający powodzenie, jest uważany za wspólnego wroga. Więc: byczo jest! Z dumnych pisarzy zrobiła się psiarnia. I tylko podtrzymać to trochę i dojdzie do tego, co nam potrzebne: każdy będzie czuł się pokrzywdzony, zniechęcony, wreszcie, co zdolniejszy albo więcej ideowy, plunie i odejdzie. Część skapituluje, część umyje ręce i sprawa załatwiona – bez nas. Słowem: wszystko jest na dobrej drodze. I jeśli was pytałem o środki zamknięcia ich głosów, to tylko dlatego, że przypuszczałem, iż któryś z was błyśnie jakimś pięknym pomysłem, lecz bardzo się zawiodłem. Ale mamy instytucję niezawodną: bezpiekę. Wydział Zagraniczny trzyma rękę na pulsie emigracji, więc możemy spać spokojnie. Emigracja musi sama siebie wydusić. Resztę zaś załatwi bezpieka.
Rada Dalekiego Planowania skończyła swe obrady o 4 rano. Nocnik nr 1 polecił nocnikowi nr 12 odwiązać sznurek u lufcika i zwolnić zaprzyjaźnioną fortecę powietrzną super DUP. Bombowiec odleciał na wschód. Wydano rozkaz, aby zaprzyjaźnione hiperczołgi, typu GU, przestały jeździć ulicami. Warszawę ogarnęła cisza.
Bankiet odbył się we własny kółku. Jako swój znalazł się na nim naturalnie i diabeł. Stół był umeblowany bateriami flaszek i suto udekorowany przekąskami. Zamiast kwiatów zdobiły go piramidy rosyjskiego kawioru.
Towarzystwo, w liczbie dwunastu, stało grupkami i rozmawiało. Rzodkiew klarował Pomidorowi:
– Zobaczy wkrótce towarzysz, że w stosunku do mnie Dzierżyński to szczeniak… W trzy lata w Polsce reakcjonisty z mikroskopem nie znajdziecie!
Złotousty Pomidor krzywił się z niesmakiem. Wierzył jedynie w propagandę.
– Ja, towarzyszy, nie lubię środków drastycznych. Uważam, że wszystko można załatwić łagodnie, systematycznie, bez hałasu. Co towarzysz na to? – Pomidor zwrócił się do stojącego obok niego, ponurego, zawsze milczącego, Bani.
– Hm… Zależy…
– Od czego?
– Od termometru.
– Nie rozumiem.
– Temperatura normalna: można działać normalnie. Podwyższona: trzeba lodu. Nie pomaga: operacja zaradzi.
Ogórek Terespolski rozmawiał z Ogórkiem Trockim. Jeden uważał się za wielkiego mówcę, drugi też. Mówili więc, nie słuchając się nawzajem. Popisywali się dialektyką i prawomyślnością, myślami zaś byli przy stole.
Diabeł rozmawiał z Kapustą, który wykładał mu tajemnice wyższej strategii. Do nich zbliżył się wyniosły, zawsze krytyczny Cebula. Przez chwilę słuchał, potem przerwał mowę Kapusty i zwrócił się do diabła:
– Jak towarzysz zareagował na ostatnie napisy na parkanach i murach: „Przetrzymaliśmy okupację – wytrzymamy i demokrację!”.
– Zastępuję je napisami: „Przetrzymaliśmy okupację – ugruntujemy demokrację!”.
– Źle… Mętne… Niezdecydowane…
– A jak, towarzyszu?
– „Przetrzymaliśmy okupację – mamy demokrację!”. Krótko, jasno, fakt dokonany.
– Zupełnie słusznie, każę pozmieniać.
Marek dziwił się, że zebrani nie siadają do tak ponętnie wyglądającego stołu. Czuł już głód. Ale czekał nie długo. Drzwi w końcu Sali otwarły się i wszedł ubrany po wojskowemu, lecz bez żadnych odznak, średniego wzrostu, wieku i tuszy, jegomość. Zapanowała cisza. Wojskowy stanął. Ogarnął znudzonym wzrokiem obecnych na Sali i powiedział:
– Siadajcie!
Głos, chociaż był cichy, brzmiał dla obecnych na sali osób, jak rozkaz. Więc wszyscy siedli. Gdzie kto stał. Ponieważ nie każdy był w pobliżu krzesła, więc większość siadła na podłodze. Marek stał, lecz widząc, co się dzieje, pośpiesznie usiadł i trafił na wyciągnięte nogi Pomidora, który syknął z bólu i złym szeptem rzucił diabłu antydemokratyczny wyraz.
– Siadajcie do stołu! – skorygował sytuację wojskowy, który nazywał się Struś.
Po kilku obowiązujących, uroczystych toastach na cześć nieobecnych wodzów duchowych zebranego tu towarzystwa, pito dalej – jak kto chciał. Wszyscy, jako demokraci z zamiłowania, powołania, przeznaczenia i fachu, apetyty mieli bajeczne, więc trunki lały się wzorowo. Jedynie Bania, Cebula i Czosnek, którzy przeszli specjalną tresurę w obcych krajach, pili umiarkowanie i opiekuńczym okiem ogarniali biesiadników. Natomiast Marek rżnął wódę herbacianą szklanką, czym ku ogólnej zawiści wprawił w zdumienie nawet Strusia. Wielki dygnitarz odezwał się do niego aprobująco:
– Obywatel chyba specjalny kurs chlania ukończył?
Marek odpowiedział skromnie:
– Piję normalnie.
– Jestem ciekaw, jak u obywatela wygląda ekstrapicie? Chodźcie tu! – dygnitarz odsunął nogą krzesło wraz z usadowionym na nim Banią i wskazał diabłu miejsce obok siebie.
Było to nadzwyczajne wyróżnienie. Marek, odprowadzany złymi i zawistnymi spojrzeniami wszystkich, usiadł obok Strusia, który też ssał wódę wzorowo.
Marek nalał trzy szklanki, ustawił je rzędem i wypił jedną za drugą – bez przerwy.
– Zdrowo! – rzekł z aprobatą Struś.
Kapusta aż zzieleniał ze złości, słysząc pochwałę Marka z ust tak wysokiej persony. Więc – chcąc zmniejszyć sukces diabła – powiedział:
– To drobiazg. Ja znałem pewnego kapitana, który potrafił jednym tchem wypić pół szklanki spirytusu i natychmiast powiedzieć swe nazwisko.
Marek uśmiechnął się i rzekł:
– Ja wypiję całą szklankę i powiem swe nazwisko.
– Ciekawe?! Rzekł Struś.
Przyniesiono litr spirytusu. Diabeł był zły, bo dostrzegł ogólną zawiść towarzystwa z powodu wyróżnienia go przez Strusia. Więc zaproponował podstępnie:
– A może zrobimy tak. Niech każdy wypije na cześć największego demokraty świata chociaż ćwierć szklanki, ja zaś wypiję pełną szklankę.
Rozpoczął się popis. Pili wszyscy, bo musieli, wobec tak ważnej intencji. Niektórzy, po wypiciu spirytusu, tracili oddech. Wielu łzy lały się z oczu. Każdy spalił błony śluzowe gardła. Lecz nazwiska nikt nie mógł powiedzieć.
Wówczas Marek wygłosił uroczyście:
– Niech żyje największy demokrata!
Wypił szklankę spirytusu i powiedział:
– Jestem Antoni Wierzba, pogromca hitlerowców i minister USA.
Było to rzeczywiście zdumiewające. Aby trochę zatuszować sukces Marka, sprytny, choć małomówny Bania rzekł:
– Jemu łatwo powiedzieć swe nazwisko, bo je zna. A któż z nas pamięta swe nazwisko? Ja mam ich jedenaście.
Zaczęto licytować się, kto ma więcej nazwisk. Okazało się, że jedynie Marek ma prawdziwe nazwisko. Nie mógł przecież biedny diabeł zdradzić się z tym, że i jego nazwisko jest fałszywe, bo wiedział, z kim ma do czynienia. I to się potwierdziło. Bo gdy spytano go: wiele ma nazwisk? … dostrzegł na sobie uważne, fachowe spojrzenie Rzodkwi. Więc odparł ze wstydem:
– Jedno.
Wywołał tym ogólny wybuch śmiechu i zawstydził się. Ale nie zaszkodził sobie w opinii Strusia, bo pił nadal tęgo.
Jak widać rozpoczęte współzawodnictwo zasmakował biesiadnikom, bo zaczęli się popisywać latami odbytego więzienia. Okazało się, że najwięcej odsiedział niepozorny Ziółko, bo okrągłe 15 lat. Wówczas Bania, nadęty i zły, powiedział:
– Ja, żebym odsiedział wszystko, na co zasłużyłem, to zebrałbym 50 lat.
Wtedy odezwał się Czosnek:
– Siedzieć nie sztuka. Sztuka nie siedzieć!
– A wy, kolego, ile odsiedzieliście w więzieniu? – zwrócił się Kapusta do Marka, do którego, ze względu na wyróżnienie go przez Strusia, poczuł nienawiść.
– Nic.
Ta odpowiedź znów wywołała wybuch śmiechu. Diabeł przeczekał go i powiedział:
– Ale ja siedziałem w Piekle.
– To trzeba udowodnić – rzekł przenikliwy Rzodkiew.
– Zaraz udowodnię.
Marek nalał na talerz spirytusu i zapalił go. Gdy talerz ogarnął błękitny płomień wsadził weń dłoń i trzymał.
– Drobiazg – rzekł zirytowany Kapusta i wsadził palec w płomień, obok dłoni Marka, lecz wnet go cofnął i ukrył w tłustej buzi.
– Jak to obywatel robi?! – rzekł z podziwem Struś.
– Mam w duszy ogień wiary w zwycięstwo demokracji i płomienną miłość dla Rosji, więc ogień dla mnie drobiazg.
Struś łaskawie poklepał diabła po barku i wszyscy zębami zgrzytnęli z zawiści.
– Wysoko drań pnie się! – rzekł szeptem Czosnek do Pomidora.
– Do czasu – rzekł Rzodkiew i zrobił oko do Cebuli. – Spławimy go, jak przyjdzie czas, razem z Mikołajczykiem.
Temat pobytu w więzieniach widocznie zasmakował towarzystwu albo był bliski sercu. Dobrze wstawiony Ogórek Terespolski zaproponował:
– A może przypomnimy sobie dawne, dobre czasy i zagramy w „salonowca”?
Projekt znalazł uznanie i towarzystwo wkrótce z zapałem zabrało się do gry. Bania usadowił się w fotelu. Reszta ciągnęła losy: kto ma być pierwszy ćwiczony? Zaszczyt ten przypadł Rzodkwi. Pochylił się i ukrył twarz w kolanach papy Bani. Jakoś nie było chętnych lać po kuprze groźnego dygnitarza. Wreszcie – jako stary kryminalista – machnął go Ziółko. Rzodkiew podniósł się, obwiódł oczami uformowane przed nim półkole i może by nie znalazł swego ojca chrzestnego, lecz dostrzegł informujący go „zez” oka w lewo Pomidora. Więc nieomylnie wskazał palcem Ziółkę, który musiał go zastąpić, kryjąc twarz w kolanach Bani. Ponieważ Ziółko nie miał „konfidentów”, to dość długo był ćwiczony przez kolegów póki zgadł, kto go uderzył. Był to właśnie Marek. Gdy diabeł położył się, wiele rąk podniosło się jednocześnie, aby machnąć go po kuprze. Wyprzedził wszystkich Kapusta. Marek podniósł się, obwiódł oczami półkole i od razu wskazał palcem Kapustę. Wiedział, że w nim wzbudził – zyskując względy Strusia – największą antypatię.
Kapusta ani razu nie mógł zgadnąć, kto go wali. I to dziwne, bo przecież był wieloletnim kryminalistą. Wywołując wybuchy śmiechu wciąż mylił się. Najczęściej wskazywał Marka, lecz zawsze nietrafnie. Diabeł zaś, wykorzystując swą piekielną siłę, tak walił, że Kapusta aż klękał.
Struś, wsparty rękami w boki, obserwował tę zabawę i śmiał się wesoło, co powodowało jeszcze większy zapał uczestników gry.
Zabawa trwała… Kurz leciał z portek Kapusty aż pod sufit. Było wesoło, przyjemnie i demokratycznie.
-
by Rob Myatt
Published in exile in 1948, the full title of this work is Siedem pigułek Lucyfera. Autentyczne przygody diabła Marka w latach 1945 i 1946 w niepodległej Polsce demokratycznej, odtworzone na podstawie: dokumentów, zeznań świadków, wycinków prasowych oraz własnych obserwacji autora (The Seven Pills of Lucifer: The Genuine Adventures of a Devil Called Marek in the Years 1945–1946 in an Independent, Democratic Poland, Based on Documents, Witness Statements, Press Clippings, and the Author’s Personal Observations). Piasecki pushed back against his editor’s request to shorten this title, claiming that now that he was in England—not Poland or Russia—he could fully exercise his right to freedom of speech.
The titular devil is Marek, a Category 9 devil working in Hell’s Boiler Room no. 13, where he attends to the fires underneath the boiling pots of water containing historical figures like Herod, Ivan the Terrible, and Hitler. One night, however, Marek falls asleep on the job, the fires go out and all the sinners (except Hitler) succumb to fever and die. As punishment, Marek is sent to live on Earth for one year and is given seven pills that will give him a range of special powers, such as language skills and literary talent. On Earth, he adopts the name Antoni Wierzba.
Upon arriving in Poland, he comes across two men, Plus and Minus, who are brewing moonshine (rather unsuccessfully) in a shed. Using his skills as an expert boiler, he helps Plus and Minus expand their illicit enterprise. They quickly attract the interest of a local entrepreneur known only as Rice and soon business is booming—quite literally. An explosion at the makeshift distillery kills Rice and sends Marek’s venture up in flames. Not wishing to hang around to answer questions, Marek absconds.
Eventually, the devil ends up in Poznań where he takes the pill that will endow him with literary prowess. He quickly makes a name for himself as a great writer and avowed Russophile and is soon invited into the inner circle of the Party. It is at this juncture that we meet him in Chapter 18, “The Midnight Meeting of the Twelve Chamber Pots.”
I took the rather unorthodox decision of translating a chapter towards the end of this book primarily for one reason. In this chapter, the Twelve Chamber Pots discuss how best to combat the threat of Władysław Anders and the Second Polish Corps. Having rejected all other suggestions, Potty Number One claims that the best method is to “shout, shout, and shout again. Accuse the Second Corps of anything and everything that comes to mind. Accuse them of savage intentions, of fascism, of brigandry and speculation, of immorality and irreligiousness.” Reading this passage, I was struck by how applicable it felt to the current “information wars”—despite being written over seventy years ago. I felt that this chapter, in particular, shows how a work like The Seven Pills of Lucifer is just as, if not more, important now than when it was first written.
Sergiusz Piasecki (1901–1964) was a Belarusian-Polish writer born out of wedlock to a Russified szlachcic (a Polish-Lithuanian nobleman). He began working as an intelligence officer for the Polish army in the 1920s but, following a drug-fueled assault, found himself sentenced to 15 years in prison. An avid reader while behind bars, it was here that he learned literary Polish. His first publication, the 1938 Piąty etap (The Fifth Stage), was an autobiographical account of his time in the intelligence services. Piasecki was forced to emigrate following the Second World War due to the rise of Soviet influence in Poland and, thanks to the help of General Władysław Anders and the Second Polish Corps, made it to England where he published Siedem pigułek Lucyfera in exile in 1948.
Rob Myatt is an award-winning translator from Polish, German, Danish, Swedish, Russian, and Luxembourgish into English. He was the recipient of the Goethe-Institut Award for New Translation 2023 for his translation of an extract from Behzad Karim Khani’s debut novel Hund, Wolf, Schakal (Dog, Wolf, Jackal). His literary translations have appeared in journals such as Turkoslavia, MayDay, Subnivean, and The Dodge, and he has worked with publishers including Granta, Rowohlt, Hanser, Wydawnictwo Cyranka, and V&Q. He has also translated a wide range of non-literary texts, on subjects ranging from Roman archaeology and Jewish history, to labor rights and online extremism.
As a prominent figure among those “laying the foundations” of democracy and counteracting reactionaryism, Marek was invited to a top secret meeting of the “Council of Long-Term Planning.” The invitation had reached the devil at midnight the previous night, delivered in an iron box by two masked couriers, under the protection of a military detachment from the Ministry of Public Security. They handed over the box to the devil together with a thin key and took his signature before taking their leave. Upon opening the box, Marek found another, smaller box… A full ten boxes later, in the twelfth locker, lay a red envelope emblazoned with a black face of death, like some memento mori that no one could mistake. The envelope was stamped with twelve seals. Inside was an invitation to a special meeting at midnight the following day.
The devil was quite preoccupied with this midnight meeting and could not wait until it was time.
The “Council of Long-Term Planning” convened in a large, vaulted hall on ulica Koszykowa. From above, the building was being protected by a Type-ARS super-bomber. The plane was firmly secured by a rope to a fortochka that had been opened in one of the windows—like a terrier tied to a table leg—and circled the tenement building with a menacing growl. The streets were under constant patrol from Type-GOO hyper-tanks, the heckles of their canons and their machine-guns raised. Such protection gave the meeting a feeling of relative safety against any sortie of sanationist and reactionary elements.
At twelve midnight on the dot, behind twelve dark-oak chairs, stood twelve democrats, all dressed in red robes and slippers, with hoods over their heads. Each bore a large black number on his chest.
The devil was more than a little taken aback to see twelve chamber pots positioned around the edge of the table. He soon discovered, however, that these chamber pots served a very important function. Number One was the first to speak, his words flitting about in the air like bats.
“My Dear Democrats! I am convinced that the reactionaries, the sanationists, and the international plutocracy, were they to know of tonight’s gathering of the pillars of Polish democracy, would stop at nothing to impede us. The building is being well guarded. From above, an ARS Superfortress is keeping watch over us. We can be moderately confident that we shall not find ourselves waylaid by enemy ambushes. The stratosphere, on the other hand, is an open space and it is from there that we are under threat from the actions of the capitalists… As People’s Democrats, we are, naturally, unfazed. However, there is no harm in being alert… In their pronouncements on the hoardings, the rotten reactionaries have revealed the secret to protecting oneself against the annihilatory effects of the atom bomb. Their intention was to malign our ally, yet they let slip the only way to protect against this terrible weapon… Which we all know is: ‘Should the Russkis drop the atom bomb, be sure to put your potty on.’”
And with that, the speaker picked up the porcelain chamber pot on the table in front of him by its handle and placed it ceremoniously over his hood. The others followed his example. Shortly after, behind the long oak table, in the great vaulted hall, this session of the “Council of Long-Term Planning” commenced.
The first order of the day—or night, rather—was the question of the threat posed by Polish reactionaryism abroad. It was acknowledged that, at the present time, the greatest threat to the security of all friendly states was the army serving in Italy under General Władysław Anders, which, if it were so inclined, could wipe all friendly governments from the face of the earth, individually and in their entirety. On the matter of redressing this threat, on which hung the fate of the continent and the Twelve Chamber Pots, Potty Number Twelve was invited to speak.
“Dear People’s Democrats!” began Potty Number Twelve, ceremoniously. “Truly, how significant are a mere one hundred thousand battle-weary soldiers from the Second Polish Corps in the face of three hundred million Democrats? I believe that the easiest path to victory over them is quite simply to boycott, to say nothing of them in the press or on the radio and to drown them in a wave of amnesia. I have noticed that ever since the democratic press began to write about the Second Corps, the entire nation has come to love them, to sing songs about them, and, indeed, General Anders has become a national hero. I consider this tactic to be an error and propose a complete blackout on any use of the name ‘Second Polish Corps.’ Let them sink in the fog of amnesia.”
Potty Number Eleven stood up.
“Venerable Democrats! I consider the greatest weapon to be the vilification of one’s opponent. I spent 15 years in many a penitentiary for my democratic convictions and deeds, and when they would accuse me of, say, theft, I would proclaim that my accuser was the thief. I believe it necessary to present the Second Corps to the public as a band of criminals, and their leader as the missing Führer. This can be corroborated by documents, witnesses, and photographs. They might laugh at us initially. But then this laughter will turn into bewilderment, followed by boredom, and then indifference. Eventually, they will adjust, and, ultimately, they will believe. This is the best path to achieving our goal!”
Potty Number Ten said, “Dear Democrats! I know myself and I know you, and it is for this reason that I consider myself well-versed in human nature. The easiest way to neutralise one’s opponent is to shower him with wealth. Imagine if one of Anders’ cadets were to receive ten great chests, the first containing clothing, the second lingerie, the third silks, the fourth crockery, the fifth bed linen, and so on. Would this man feel inclined to rally against our beautiful democracy? A poor man, with nothing to lose and everything to gain, will always be willing to fight. A single good suit is enough to make a person cautious. And if there happens to be a little shrapnel clinking around in the pockets of this suit, then that person will be cautious as a fox. I propose that through our agents we rain down gold on the Second Corps, that in the press we deplore unceasingly the plight of the poor soldier and how miserly the Allies are behaving towards these heroes. This, I believe, is the best way to bring the situation under control and strip the belligerent Second Corps of any value.”
Potty Number Nine spoke up, “Dear Great People’s Democrats! There is nothing a Pole cannot overcome, yet there is one thing that a true Pole can never shake off… Homesickness. We can quite easily annihilate the Second Corps in its entirety. We bring a larger faction of them back home, and the rest we poison with nostalgia. This is the best path to achieving our goal. We need only be prudent in our endeavour. First and foremost, we must force upon the cinemas of Italy psychological Polish dramas, full of pretty young girls singing wistful Polish songs: ‘Oh My Rosemary,’ ‘White Roses,’ and so on. Show the Pole images of Polish pastures, wood cabins, forests, streams, birches, hills and foothills, mountains and massifs… Flood the Italian market with cheap gramophones and records. That they might hear ‘Agnieszka’ and ‘I Have a Date With Her at Nine.’ No Pole could resist. It is an easy campaign to prepare. And I can vouch for its effectiveness! We must play to Polish sentiment, tug at their heartstrings!”
When it was the devil’s turn, he said, “Great Esteemed Democrats! As an experienced Democrat, I propose quashing the Second Corps by way of the spirit, by which I mean alcohol. A man who has been deprived of his homeland and longs to return is particularly amenable to the bottle. In order to reinforce this inclination, I propose disseminating scientific studies on the Italian market concerning the benefits of alcohol for both body and spirit. I furthermore suggest publishing reams upon reams of popular pamphlets on how to build rudimentary brewing apparatuses and how to distil liquor from flour, sugar, and raisins. I am convinced that, within two years of launching such a campaign, everyone there will cease thinking about politics, about matters of patriotism or society, and will instead direct their attention to spiritual matters.”
Once everyone had been heard, Potty Number One addressed the Council. He stood for a long time, looking around at the eleven Potties in dismay. Finally, he said, “I did not expect an excess of wisdom from this esteemed congregation, but to contrive such tosh, one would have to be a bourgeois minister from a capitalist state, not an experienced People’s Democrat. You have all shown quite well that you know neither your history, nor your psychology, nor your politics. It would appear that you are incapable of properly planning even a single large-scale radical action that could account for the situation as a whole. The most important thing to remember is that, while all the other politicians and diplomats of the world strive solely for momentary, short-lived success, as true People’s Democrats, we alone have the ability to consider the long term… So I ask you, what does the Second Corps represent? In the short term… a minor irritation. In the long term: power. The existence of the Second Corps frightens us not because they might advance on Yugoslavia or beat a path to Poland. What frightens us is the mythology and the flag they fight under. At present, the Second Corps is the standard-bearer of joy, hope, and encouragement for Poles in Poland. And in the event of a conflict, they would become a lightning rod. One hundred thousand people turned, in the course of one hundred days, into a mighty army of fanatics… That is what the Second Corps represents for us. But what are they for the Allies whose focus is the short term? A troublesome pawn which they would gladly consign to the scrapheap, only… they will not fall in line. You see? Obligations, allies… As they look to the future, their hands are tied by public opinion and, to a slightly lesser degree, by history. If, therefore, we wish to remove the Second Corps from the playing field, we must take a simple, straightforward approach: let others do the work… We must create a mood that will not leave the Allies and their associates feeling hamstrung. We must turn foreign opinion against the Corps.”
Number One fell silent, cast his eyes around the eleven Potties and asked, “Do you know the most powerful weapon of all?”
“The atom bomb,” replied Marek.
“Pish,” said Potty Number One. “The atom bomb can elicit fear only when in our possession.”
With that, as if to prove the truthfulness of his words and simultaneously flaunt his fortitude, Number One removed the chamber pot from his hood and placed it on the table. He continued, “The most powerful weapon of all is shouting. A shout made the Walls of Jericho come tumbling down. Shouting can kill a man, wear him down, deprive him of reasoning. It will not let him be… And it is in this vein that it constitutes the only effective weapon, because”—here, Number One raised a finger and took a long pause,—“it aligns with the wishes of those statesmen who will determine the fate of the Second Corps. Because when their backs are ‘against the wall,’ they will make their decisions according to public opinion. And so they will wash their hands of the matter, and the Second Corps, which rose from nothing to become first a military force for the country and then a moral one, will vanish from the face of the Earth… And that which the fascists and the Hitlerians failed to accomplish with arms, we People’s Democrats shall accomplish with ease by shouting. That is all it will take—shout, shout, and shout again. Accuse the Second Corps of anything and everything that comes to mind—savage intentions, fascism, brigandry and speculation, immorality and irreligiousness, misappropriating the wealth of the Fatherland. We must write of this everywhere. Shout it over the radio and at congresses… On the home front, this will only create an even greater love for the Second Corps. But we shall achieve our goal because the object of this love will disappear!” Number One slammed his fist on the table to hammer home his point. “In fact, this campaign has already begun, but it must gain in strength and become a storm!”
The second order of the night for the midnight “Council of Long-Term Planning” concerned the liquidation of the Polish press overseas. After elaborating on the importance of this question, Number One sat down and Number Twelve addressed the Council.
“To my knowledge, preeminent Polish writers and commentators overseas number around one hundred. If, therefore, we are able to liquidate a corps of one hundred thousand, can we not also liquidate one hundred of these loudmouths? I propose we do this through the simplest possible means: physically. We would not even need to liquidate all of them. If one disappears, then a second and a third, soon enough the others will be less inclined to shout.”
Number Twelve sat down. Number Eleven stood up.
“I believe that we can apply the same method against the writers as against the Corps. Start shouting that they are fascists, Hitlerians, communists, that they are a threat to democracies everywhere. All manner of accusations could be brought against individuals or against the whole lot of them. This would most certainly be effective.”
Potty Number Ten said, “I believe the best approach is to bring such types over to our camp. Not only would this neutralise them, they could also be put to work.”
Number Nine spoke up with pathos, “Dearly gathered! I myself am, in modest terms, the greatest writer of all time and space. If I have not found recognition, if I have been accused of plagiarism, this is owing solely to professional jealousy and the boorish culture of the sanationists.”
Number One sternly interrupted, “What is this talk of sanationist culture?! There is one culture and one culture alone—Marxist culture. Otherwise there is no culture!”
“My sincerest apologies. Slip of the tongue,” explained Number Nine. “In my personal opinion, I believe that every writer and commentator has but one god: money! We must therefore wave before the noses of the Polish writers overseas the prospect of wondrous earning opportunities in Poland. We can sign contracts with them, and then, should their material not meet our democratic standard, we can print only the author’s copies and send those to them. After printing two or three of their books, the writers will be ours, or at the very least neutralised.”
Potty Number Eight said, “It would be considerably less expensive—and more effective—to exploit their vanity. Every writer considers himself underappreciated, misunderstood, so if we print enthusiastic reviews of them, publish critiques and entire pamphlets on the brilliance of this or that clodpole, they will be prepared to fly in by parachute—or even umbrella!—just to catch a whiff of that sweet scent of democratic incense for themselves: ‘Finally, I am seen!’”
Number Seven said, “The path we must take is that of contrasts… Excite their mad imaginations. Because, when all is said and done, they are not as stupid as they look. They might not fall for just any old bait. Thus, those writers whom we have already ensnared must be showered with recognition, honours, prizes, titles. The more greased up and assured among them will, of course, be permitted overseas from time to time—to lure the wretched émigrés, that they might be convinced of how good the democratic writer looks, how he gleams and oozes fat. I am convinced that this rabble—if they will not humble themselves and come to kiss the hand—will begin to ache with jealousy, lose weight, succumb to melancholy. In the end, they will all fade into obscurity and disappear altogether.”
Number Six said, “My method is as follows: pay no attention to the émigré writers and instead print in Poland all those works of theirs which, from a tactical perspective, can be printed. The Polish reader will see that he possesses a full complement of great bards. In this way, he will cease to count on there being someone out there fighting with the pen for his emancipation and will submit. The writer overseas, seeing how his oeuvre is appreciated in Poland, will surely be unable to resist coming here to reap the moral and material fruits of his success.”
Marek stood up.
“I propose showering them with distinctions, honorary titles, and degrees, but I also propose doing everything possible to keep them away from money. Because the moment one such as that has some cash, he will immediately buy a mansion or set up a funeral business for his compatriots, or travel to Honolulu to grow bananas or to Brazil to catch butterflies—and in so doing remain harmful and beyond our reach.”
After all the Potties had presented their ingenious proposals, Number One addressed the Council.
“I note with dismay that in this instance, too, you have not covered yourselves in glory with respect to the depth, width, or height of your reasoning. Number Twelve proposed terror. And what would be the result of that terror? Some hack gets rubbed out and they make him a national hero, a hero of the idea of fighting to emancipate Poland from us. All of his nonsensical scribblings will consequently be exaggerated, analysed, and committed to memory. And we will show ourselves to be cowards, afraid of the voices of lone pensmiths. Thus, any exported terror will have the opposite of its intended effect. As for all the other suggestions, not one is good in and of itself, but, combined and implemented at the appropriate time, they might collectively achieve a great deal. First and foremost, we are dealing here with a group of people of varied temperaments, skills, experiences, tastes, personalities, and levels of intelligence. There may be some among them who will spot each and every trap. We must therefore work from the outside, using all methods. And, to employ as our primary method: fragmentation from within. In fact, this fragmentation is already inherent. All that is required is to observe it and feed it, should it ever weaken, with the goal of scattering the émigré writers and commentators. That there not be any common methods of operation. And whenever such methods do arise, they must be obliterated. Only a camp that is determined and in agreement can pose a threat to us. Meanwhile, we have been observing ever greater fragmentation and enmity among the émigrés. Word against word. Commentator against commentator. Writer against writer. Every new literary outpost comes under ferocious attack from within. Every writer, if he is lucky, is considered a common enemy. Huzzah! These proud writers have devolved into a pack of dogs. If we can merely reinforce this a little, it will give us what we need: each will feel slighted, discouraged, and, ultimately, the smarter or more ideological among them will turn their noses up and leave. Some will capitulate, some will wash their hands, and the entire matter will be taken care of—without us. In other words: everything is on the right track. And if I asked you to suggest ways to silence their voices, I did so only because I assumed that one of you must be burning with some great idea, but I was sorely mistaken. We do, however, have an agency we can count on: the Security Services. Foreign Affairs is monitoring emigration, so we can sleep soundly. Emigration must throttle itself. The Security Services will handle the rest.”
The “Council of Long-Term Planning” concluded its proceedings at four in the morning. Potty Number One advised Potty Number Twelve to untie the rope attached to the fortochka and release the friendly ARS Superfortress. The bomber set off eastwards. The order was given for the friendly Type-GOO hyper-tanks to cease their patrol of the streets. A quiet fell over Warsaw.
A banquet was held for the inner circle. Naturally, the devil was among them. The table was lined with ranks of spirits and generously adorned with hors d’oeuvres. In place of flowers, pyramids had been constructed out of Russian caviar.
The comrades present, twelve in total, were stood around in groups, conversing. Radish was explaining to Tomato, “You will soon realise, comrade, that, compared to me, Dzierżyński is but a pup… In three years’ time, you will not be able to find a reactionary in Poland, even with a microscope!”
The eloquent Tomato grimaced in distaste. He believed only in propaganda.
“I, comrade, am not fond of drastic means. I believe that all things can be achieved prudently, systematically, without any a to-do. What would be your view on that, comrade?”
Tomato turned to the glum, ever-mute Pumpkin, who was stood next to him.
“Hm… It depends…”
“On what?”
“On the temperature.”
“I do not follow.”
“Under normal temperature, normal activities suffice. Temperature rises call for ice. If that does not help, an operation will do the trick.”
Gherkin Terespol was conversing with Gherkin Trakai, one of whom considered himself quite the orator, as did the other. Consequently, they were each of them talking without listening to the other. They waxed lyrical about dialectics and law-abidingness, though in their minds they were already sat at the dining table.
The devil was conversing with Cabbage, who was lecturing him on the secrets of the greater plan. They were approached by the supercilious, ever-critical Onion. He listened for a moment before interrupting Cabbage’s monologue and turning to the devil.
“Comrade. How did you react to the most recent writings on the hoardings and on the walls: ‘We saw out the occupation—we shall ride out democracy too!’?”
“I am replacing them with: ‘We saw out the occupation—let us fortify democracy!’”
“Weak… Vague… Indecisive…”
“Then what would you suggest, comrade?”
“‘We saw out the occupation—we have democracy!’ Clear, succinct, to the point.”
“Most fitting, I shall have it changed.”
Marek wondered why the Potties were not sitting at the table, alluring as it was. He was already hungry, but he did not have to wait long. The doors to the hall finally opened and in walked an elder statesman of average height, age, and corpulence, dressed in military garb but without a single medal. A silence descended. The military man came to a stop. He surveyed the room with a look of boredom and said, “Sit!”
His voice, though quiet, sounded to those assembled in the hall like an order. So everyone sat down. Exactly where they had been standing. And since not all of them had a chair nearby, most sat on the floor. Marek remained on his feet, though upon observing what was happening he hurried to sit, landing on the outstretched legs of Tomato, who yelped in pain and cursed the devil anti-democratically under his breath.
“At the table!” said the military man called Ostrich, rectifying the situation.
After several extravagant, compulsory toasts to those spiritual leaders absent from this evening’s gathering, the drinking continued—for those who wished. All of them, being Democrats by passion, calling, conviction, and craft, had terrific appetites and thus the refreshments flowed in exemplary fashion. Only Pumpkin, Onion, and Garlic, who had undergone special conditioning overseas, drank in moderation, carefully observing their fellow revellers. Marek, meanwhile, was guzzling vodka from a teacup, astonishing even Ostrich, much to the general envy of his comrades. The great dignitary called out to him approvingly, “Citizen, you must have had special training in matters of the bottle.”
Marek replied modestly, “I am just drinking moderately.”
“I am curious, citizen, what you would consider drinking excessively. Come here!” The dignitary pushed a chair out with his foot, knocking Pumpkin to the floor, and gestured for the devil to take a seat next to him.
This was an extraordinary honour. Marek, followed by a roomful of angry, envious eyes, sat down next to Ostrich, who was also quaffing the vodka in exemplary fashion.
Marek poured three shots, arranged them in a line and drank one after the other—without pausing.
“Zdrowo!” Ostrich toasted approvingly.
Cabbage turned almost green with envy as he listened to the praise being heaped on Marek from the mouth of such an esteemed figure. Consequently, in an effort to diminish the devil’s success, he said, “That’s nothing. I knew one captain who could drink half a tumbler of spirit in one gulp and recite his full name straight after.”
Marek smiled and said, “I will drink an entire tumbler and then recite my full name.”
“Intriguing!” said Ostrich.
A litre of spirit was brought to the devil, who had grown angry because he could sense the widespread envy of his comrades. So he craftily proposed: “Or might I make another suggestion? That every man drink a quarter tumbler to the health of the greatest Democrat on earth, while I shall drink a whole one.”
The showboating commenced. Everybody drank—because they had to, in light of this momentous proposal. Some were unable to breathe after drinking the spirit. Tears poured from many an eye. Every man burned the mucous in his throat. But not one could say their name.
Then Marek ceremoniously declared, “Long live the greatest Democrat!”
He emptied his tumbler of spirit and added, “I am Antoni Wierzba, subjugator of the Hitlerians and minister of the USA.”
It was, indeed, impressive. In order to put a slight dampener on Marek’s success, the clever but tight-lipped Pumpkin said, “Easy for him to recite his name—he knows it. But who among us remembers all our names? I have eleven.”
Bidding began for who had the most names. It transpired that only Marek used his real surname. Of course, the poor devil could hardly reveal that his surname was also false—he knew who he was dealing with. A suspicion that was subsequently confirmed. Because when he was asked how many names he had, he could feel Radish’s vigilant, well-trained eyes on him. So it was with embarrassment that he replied, “One.”
This provoked a ubiquitous outburst of laughter. The devil was crestfallen. He had not, however, fallen in the eyes of Ostrich, because he continued drinking heavily.
It was clear that this one-upmanship was to the liking of the banqueters because they began to boast of their long stretches in prison. It turned out that the unassuming Herb had spent the most time behind bars—a full fifteen years. Then Pumpkin, bloated and angry, said, “I ought to get fifty for all the things I’ve done.”
Then Garlic spoke up.
“Serving time is not an art. The art is in not serving!”
“What about you, friend? How much time have you served?” Cabbage asked Marek, whom he envied on account of the honour bestowed upon him by Ostrich.
“None.”
Again, Marek’s response elicited a roar of laughter. The devil waited for it to pass, then said, “But I have served time in Hell.”
“You’ll have to prove that,” said the canny Radish.
“Right away.”
Marek poured some spirit onto a plate and set it alight. Once the plate had become engulfed in a brilliant flame, he plunged his hand into it and held it there.
“Small potatoes,” said Cabbage, irritated. He placed a finger in the flame next to Marek’s hand but withdrew it instantly and buried it in his podgy chops.
“How do you do that, citizen?!” asked Ostrich in awe.
“There burns in my soul the flame of my belief in democracy and my fiery love for Russia, such that fire is but small potatoes.”
Ostrich benevolently clapped the devil on the back while all the rest clenched their jaws in envy.
“He’s rising fast, the bastard!” whispered Garlic to Tomato.
“Patience,” said Radish, winking at Onion. “We’ll burn him when the time’s right, him and Mikołajczyk.”
Evidently, the topic of time served was to the liking of the comrades, or perhaps dear to their hearts. The thoroughly inebriated Gherkin Terespol proposed, “Perhaps we recall the good old days and play a game of Heads Down, Bottoms Up?”
This proposal was promptly approved and the comrades enthusiastically got down to business. Pumpkin settled into a chair. The rest drew lots to see who would have his head down first. That honour fell to Radish. He bent over and buried his face in Pumpkin’s lap. For some reason, no one felt inclined to spank the terrible dignitary on his behind. Finally Herb, long-toothed crook that he was, gave Radish a slap. Radish lifted his head and cast his eyes around the semi-circle that had formed in front of him—and perhaps he would not have identified his assailant, had he not noticed Tomato’s telltale “lazy eye” drifting to the left. He therefore pointed a finger assuredly at Herb, who was forced to take Radish’s place, and hid his face in Pumpkin’s lap. Since Herb did not have any “informants,” his flogging lasted quite some time as he tried to guess which of his friends had struck him. It was Marek. When the devil put his head down and his bottom up, a great many hands flew up all at once to spank him. It was Cabbage who beat everyone to it. Marek raised his head, cast his eyes around the semi-circle, and immediately fingered Cabbage. He knew that Cabbage held the greatest antipathy towards him for garnering the attentions of Ostrich.
Cabbage was unable to guess who had struck him even once. Which was strange because he was, after all, a seasoned criminal. Eliciting fits of laughter, he guessed wrong time and again. He fingered Marek most often, but always incorrectly. Marek, meanwhile, summoned his infernal strength to strike Cabbage so forcefully that he fell to his knees.
Ostrich, his hands on his hips, observed the parlour game and laughed uproariously, which only fuelled the competitors’ fervour.
On and on the game went… Dust flew from Cabbage’s breeches so high it reached the ceiling. It was delightful, enjoyable, and democratic.